Formet - samobójstwo na raty
Dziś w Formecie miejsce prezesa zajmie ministerialny likwidator. Pracownicy tracą swój status. Związkowcy, kobiety w ciąży, pracownicy przed emeryturą tracą swe uprawnienia. Jeśli likwidator będzie sztywniakiem to w krótkim czasie zamieni ten bydgoski zakład w gruzowisko.
Formet kończy bieg z 9 milionowym długiem wobec nas w urzędzie podatkowym ZUS w mieście. Wobec wielu kooperantów drobnych i dużych. Wobec Polski, bo zakład pobrał pieczętowaną w Ministerstwie Skarbu i w Brukseli pożyczkę 2.5 mln zł i mówiąc szczerze ją roztrwonił. Prezes ze strachu uciekł na chorobowe. Poprzednich 9-ciu zachowywało się podobnie. Niektórzy już po 4 miesiącach. Nie skutkowały moje skargi i prośby w Ministerstwie Skarbu. Zanikł eksportowy rynek.
Państwo stosowało „kroplówki” rezygnując z dywidendy i godząc się na wyprzedaż majątku: parceli, biurowców, parkingów i innego majątku. Wszystko to można wyliczyć na 20 mln zł.
Kasjerka nie mogła narzekać na pracę. Zawsze każdemu prezesowi przygotowała 16 tys. zł. Radzie Nadzorczej przez 8 lat wypłacała 3 000 zł miesięcznie, w tym koledze ze związku, ustawowo umocowanemu do współzarządzenia i nadzoru. Tej roli jednak nie pełnił. Skompromitował jak inni członkowie Rady ideę paktu o przedsiębiorstwie. Jacek Kuroń i ja przegraliśmy w Formecie spór z Balcerowiczem, który nazwał te pomysły mitomanią. Wśród konkurentów Formetu, tu w Bydgoszczy, którzy zaczynali swoje biznesy od kupna kawałka parceli gospodarczej, a jest ich nie mało, już pobrzękuje hasło „Balcerowicz musi wrócić”.
Przegrałem osobiście, gdy namawiałem w końcu, jakby nie było inżynierów do przejęcia zakładu w swoje ręce. Wyjątkowo do tego nadawał się ten nieduży, wyposażony w wysokorozwiniętą technologię zakład, a tyle rzadkie co drogie oprogramowanie. Rynek zbytu bez konkurencji. Większość odwróciła się plecami. Widocznie nie chcieli ratować swojego zakładu, iść ambitną drogą inżyniera Andrzeja Gwiazdy- też konstruktora, odnowiciela, ale i legendarnego przywódcy strajku sierpniowego. Bitwę oddali walkowerem.
Przegrała Bydgoszcz, gdyż i marka zakładu i wymyślny produkt dodawał jej prestiżu. Marzyłem o tym, by podążać „od marketu do Formetu”. Bo to inna cywilizacja, zaś na świecie solidnie opłacana. Niestety przegrałem z załogą ale i wcześniej z mieszkańcami miasta, gdy przestrzegałem przed „spiralą degradacji”. Nie mogę jednak odejść, gdyż dziś przychodzi do mnie Zachem z podobnymi, i jeszcze większymi problemami, a nie jest to jeszcze koniec kolejki.
Chce się krzyczeć „Obudź się Bydgoszczy”. Jednak większość wrzeszczy „Precz z Toruniem”.
Lepiej nam wszystkim szukać wśród dziesiątek tysięcy wyuczonych absolwentów z dwóch uniwersytetów i kilku uczelni sprawnego menadżera. Stąd?
Jakie wyjście?
Jeśli Pani likwidator nie okaże się sztywna jak ustawa, na której siedzi, to są szanse na ratunek. Nie ma jednak zgody na obecną strukturę własnościową i występującą tam personalną hierarchię, która popełniła samobójstwo.
Rzecz w tym, żeby pozostawić w Bydgoszczy stworzone doświadczenie, markę a przede wszystkim funkcjonującą rzadką technologię.
Miasto użyczy terenów w Parku Przemysłowym i pod zastaw działki, którą obecnie zajmuje Formet, zwolni od podatków. Podobnie zgodzą się wierzyciele. Marszałek, który ma pieniądze na restrukturyzację pomoże w jej realizacji. Potrzebny jest właściciel, zarządca. Może wreszcie włączą się do pracy kryjące się po kątach w takich sprawach organizacje pracodawców. Mój typ pada na wytrawnego, ale i chytrego prezesa Pesy Tomasza Zaboklickiego. Wszak posiadają narzędziownie a nawet przetwórstwo tworzyw sztucznych. A gdy i to nie wypali, trzeba razem z miastem, województwem przy realnej pomocy pracodawców szukać inwestora, który nie wywiezie w całości lub w częściach dziś funkcjonujących 130 miejsc pracy. Likwidator musi mieć alternatywę.
Jan Rulewski
3 września 2012 r.











