Między Tuskiem a Glińskim, czyli Fundusz Młodości
1.Nowy wymiar polityki społecznej.
Rozgorzała nierówna dyskusja między urzędującym premierem, a „podszczypującym” go kandydatem PiS prof. Piotrem Glińskim. Stało się to, za sprawą Stypendium Demograficznego zgłoszonego przez prof. Krzysztofa Rybińskiego, finansową twarz rządu obiecanego.
Na czym polega owa nierówność? Otóż na tym, że mój premier cenzuruje, ale niczego nie proponuje. Podczas, gdy profesor od finansów proponuje, ale nie poddaje się żadnej cenzurze biedy budżetowej.
Myślę, że polityka prorodzinna rządu nie wyszła poza pieluchy i zatrzymała się na linii żłobków i przedszkoli. Potwierdzeniem tego jest zawieszenie programu mieszkaniowego „Rodzina na swoim”. Tymczasem dzieci rosną, a wraz z nimi koszty i problemy. Radość z narodzenia, któremu towarzyszy szeroka rodzina a nawet państwo, z biegiem czasu zamienia się w troskę a nawet koszmar, przekształcenia bobasa w dojrzałego i samodzielnego młodzieńca lub dziewczynę.
Zatem na plus zaliczam prof. Rybińskiemu, że zauważa pokolenie straconej młodzieży, którą kiedyś między innymi Minister Michał Boni, nie bez słuszności, nazwał największym bogactwem biologicznym już nie Polski, ale nawet Europy. Dziś już przyznajmy, że to bogactwo roztrwoniło się po zmywakach Europy, ugrzęzło w miniaturowych gospodarstwach rolnych, stało się zakładnikami pseudouczelnianych inicjatyw. Zatem dzisiejsze bezrobocie wśród młodych, to nie tylko zarejestrowane w urzędach pracy 24% spośród 2,2 mln, ale znacznie je przewyższające - rzeczywiste.
Recepta prof. Rybińskiego w wymiarze liczbowym jest przestrzelona. Rzeczywiście po okresie 10 letniej realizacji pochłonęłaby, nawet w wymiarze 1 000 złotych za drugie dziecko, potworną sumę kilkudziesięciu miliardów złotych. Rozmyte jest uzasadnienie dla pokrycia budżetowego tych wydatków. I tak np. konwersja z kieszeni bogatych podatników jest bardzo ograniczona i sięga zaledwie miliarda złotych. Gorszą stroną Stypendium Demograficznego jest proste rozdawnictwo nie skojarzone z jakimikolwiek celami i gwarancjami. Po dalszych latach wyż demograficzny egzystowałby w niedostatku, wywołanym brakiem pracy, a zatem mieszkań, szkół i leków.
Wydaję się, że w polityce prorodzinnej powinno się zauważyć jej niedostatek związany z wywianowaniem młodego człowieka, a to stanowi problem cywilizacyjny Europy i USA, którego pomrukiwanie odnajdujemy w ruchu oburzonych, zamieszkach we Francji czy buncie na placach Egiptu.
2. Fundusz Młodości.
Skoro tak, to proponuję uzupełnienie obecnej polityki państwa o Fundusz Młodości. Czyli połączenie udziału państwa i zabiegów rodziców w jej najtrudniejszym okresie tj. startu młodzieży do dorosłego życia. W warunkach, gdy brakuje pracy lub trzeba kontynuować naukę na studiach, odbywać bezpłatne staże, a kariery zawodowe kontynuować z dala od pomocnego rodzinnego gniazda, czasami już z własna rodziną.
Podobnie jak u prof. Rybińskiego, decyzja o założeniu konta w funduszu powstałaby w momencie narodzin potomka. Co miesiąc, rodzice uiszczali by na jego rzecz deklarowana kwotę. Państwo uzupełniałoby ją o równoważną, nie większą jednak niż 100 zł miesięcznie. Akcja inwestycyjna trwałaby zasadniczo do 18 roku życia, z możliwością ograniczonego wsparcia dla studiujących.
Dla żyjących pod kreską, pomoc byłaby niezależna od własnego wkładu.
Kończąc ten wątek finansowy zakładam zgromadzenie na indywidualnym koncie po 18 latach ok. 42 tys. złotych, zaś z wliczeniem studiów 56 tys. złotych.
Tyle i tylko tyle, starczyłoby na wkład mieszkaniowy, podjęcie działalności gospodarczej, wsparcie w okresie bezrobocia, doktoraty, pomoc w okresie urlopu macierzyńskiego i wychowawczego, praktyki zawodowe.
Pomoc państwa nie polegałaby wyłącznie na dopłatach, ale na zwolnieniach podatkowych, gwarancjach i prowadzeniu rachunków.
3.Skąd środki na Fundusz Młodości?
I to nie małe. Jeśli przyjąć 18 letnią perspektywę, to same nakłady państwa wyniosłyby ok. 65 mld zł.
Gdyby się jednak przyjrzeć budżetowi „made in Rostowski”, to one już istnieją w postaci „mrożonek" w funduszach pracy i gwarantowanych świadczeń pracowniczych, PFRONIE, zablokowanym funduszu "Rodzina na Swoim" i rzeczywiście w podatkowej uldze rodzinnej. Ba, nawet się równoważą. Zatem środki Funduszu Młodości nadal spełniałyby zadanie ubezpieczenia budżetowego (wypłata po osiągnięciu 18 lat) tyle, że właścicielem ich byliby obywatele, a nie tak jak w chwili obecnej, urzędnicy ministerstwa finansów. Zasadniczo Fundusz Młodości byłby uzupełnieniem obecnego systemu świadczeń rodzinnych, zresztą ograniczonego, rozdrobnionego, a czasami niesprawiedliwego.
4.Skutki
Najważniejsze w nim byłoby to, że razem z rodziną, młodzi absolwenci kreowaliby swój przyszły los. Także to, że zakładane wydatkowanie środków wyłącznie w kraju, byłoby kotwicą dla budowania pomyślności tu w kraju, zamiast wspierania Królowej Brytyjskiej lub Angeli Merkel.
Indagowany przeze mnie w tej sprawie Minister Władysław Kosiniak-Kamysz i Parlamentarne Komisje Rodziny i Polityki Społecznej propozycję zignorowali. Odsyłano mnie do prywatnych banków. Myślę, że dotarła także do premiera Tuska. Fakt, że na nią nie odpowiedział dowodzi realności propozycji.
Mam świadomość, że Fundusz Młodości, nawet z towarzyszącą mu pieluchową polityką rządu, nie wywoła rewolucji demograficznej. Być może w ogóle nie będzie znaczącego przyrostu, z uwagi na upodobania cywilizacyjne szerzone w Europie.Tym nie mniej trudno się nie zgodzić, że dla rodziny, byłby kolejnym bezpiecznikiem, zwłaszcza w tych sytuacjach, gdy zachodzi potrzeba wywianowania dwojga dzieci startujących jednocześnie do samodzielnych życiowych lotów.
Jan Rulewski
Bydgoszcz, 16 lutego 2013 r.











