"Pod Wiatr" o Międzynarodowych Spotkaniach Młodzieży
Wolność nie starzeje się nigdy
Chleba i pracy! – wołali opozycjoniści trzydzieści lat temu zakładając Niezależne Samorządne Związki Zawodowe „Solidarność”. Nie zmarnujmy demokracji! – apelują dzisiaj do młodszych od siebie o trzydzieści lat ludzi stawiając przed nimi wielkie wyzwanie – kształtowanie prawdziwej wolności.
- Do młodych nie trzeba mówić o „Solidarności” językiem imprez. Należy pokazać im, że muszą wykonać trzy kroki, by ją zrozumieć – twierdzi senator Jan Rulewski, pomysłodawca i inicjator Międzynarodowych Spotkań Młodzieży, które odbyły się w dziewięciu polskich miastach z okazji trzydziestej rocznicy powstania NSZZ „Solidarność”.
– Język naszych spotkań będzie inny. Wspólnie posiądziemy wiedzę o tym, jak o wolność i demokrację walczono w Polsce i innych krajach świata. Dowiemy się m.in. jak ruchy wolnościowe przebiegały na Litwie, Słowacji, Węgrzech i w Rumunii. To krok pierwszy. Będziemy uczyć wrażliwości na to, co minęło. Przed nami jedna z ostatnich szans, by zadać pytania tym, którzy uczestniczyli w walce o wolność, którzy przeżywali zdarzenia historyczne. Symboliczne miejsca dematerializują się, ludzie represjonowani, bici, więzieni, walczący – odchodzą. To krok drugi. Po zrobieniu tych dwóch kroków, młodzi sami wykonają trzeci: zrozumieją, jaką wartość ma wolność, będą ją pielęgnować.
„Wiedza. Wrażliwość. Wolność” – to hasło pierwszych w historii kraju, Europy i świata Międzynarodowych Spotkań Młodzieży. Pomysł ich zorganizowania narodził się w grudniu ubiegłego roku. Międzynarodowe warsztaty młodzieży w wieku od siedemnastu do trzydziestu lat miały uzupełniać oficjalne obchody 30.rocznicy powstania znanej szeroko na świecie „Solidarności”.
Organizatorzy nie bali się trudnych pytań.
- Nie chcę rozmawiać o „Solidarności” w oderwaniu od teraźniejszości. Wręcz przeciwnie – apeluję do naszych młodych gości, by byli ekspresyjni w wyrażaniu wątpliwości, stawianiu zarzutów i trudnych pytań – mówi senator Jan Rulewski. – Sam czuję się dzisiaj, po tych trzydziestu latach, niespełniony. Próżno szukać w Europie solidarności. Dziś widać to m.in. w gospodarce i ekologii. Chciałbym, by młodzi w czasie warsztatów zdołali stworzyć dwadzieścia jeden nowych, świeżych, swoich postulatów.
Zakurzone wartości
Ci młodzi to sto osiemdziesiąt osób z trzydziestu krajów.
Ambicją organizatorów (senatora i Fundacji Projekt Polska) było, żeby w każdym z szesnastu miast wojewódzkich gościła międzynarodowa grupa, bo przecież „Solidarność” powstawała wszędzie. I w każdym mieście, nawet teraz, po trzydziestu latach, łatwo jest odnaleźć jej korzenie oraz sprawdzić, czy idee opozycjonistów nie zestarzały się, czy nie ma zmarszczek na dumnym czole wartości.
Zaproszenia do międzynarodowej młodzieży wysłało dziewięć miast: Gdańsk, Bydgoszcz, Częstochowa, Kraków, Lublin, Poznań, Szczecin, Toruń, Warszawa i Wrocław. Gości podzielono na około dwudziestoosobowe grupy, w każdej było dziesięcioro Polaków i dziesięcioro obcokrajowców. Cztery dni upłynęły pod znakiem poznawania lokalnej historii NSZZ „Solidarność”. Na dwa dni wszyscy pojechali do Gdańska, by spotkać się z legendami – ludźmi i miejscami, o których czytali w podręcznikach, dotknąć okrągłego stołu, który połączył Europę. Zobaczyć bramę Stoczni Gdańskiej, zza której wyszedł impuls obalający mur berliński.
Goście nie pojechali do miasta „Solidarności” z pustymi rękami. Przywieźli apel europejski opracowany podczas warsztatów. Po dziesiątkach pytań i setkach odpowiedzi przyszedł czas na stworzenie czegoś od siebie. Na przemówienie wspólnym językiem młodości.
Pragniemy więcej Solidarności w Europie. Tworzenie wspólnego dobra nie może być ograniczane przez egoizm poszczególnych grup. Tylko wzajemne zrozumienie i poświęcenie partykularnych interesów przyniesie nam sukces jako całości. Europa nie może wykluczać. Nie powinna stać się skostniałym klubem bogatych, zamkniętym dla tych, których najnowsza historia boleśnie doświadczyła. Europa musi być domem dla wszystkich Europejczyków, nie dzieląc ich na kategorie, nie każąc za pochodzenie. Jesteśmy przekonani, że pierwszym krokiem do lepszej integracji kontynentu jest zniesienie barier w przekraczaniu granic tam, gdzie jeszcze istnieją – te słowa młodzi puścili w eter na cały świat.
Apel odczytano w obecności Lecha Wałęsy. Legendarny przywódca po trzydziestu latach mógł skonfrontować oczekiwania młodych z wartościami, o które walczył przed laty. Okazuje się, że chociaż każde pokolenie walczy o wartości w innym wymiarze, to jednak towarzyszy temu ten sam duch solidarnościowy.
Trud pokazania uczestnikom spotkań, gdzie to się wszystko zaczęło podjęły Bydgoszcz i Toruń.
Ukraińcy, Gruzini, Rumuni, Czesi i Polacy z zainteresowaniem szli bydgoskimi śladami powstania „Solidarności”. Spotkania rozpoczęła dyskusja pod tytułem „Różne drogi do demokracji”. Opowiadano jak po wolność maszerowano w innych państwach Europy. Pytano- co dziś z tą wolnością zrobić? Jak o nią dbać? Zostawić to starszym, doświadczonym, czy wykorzystać entuzjazm i zapał młodych? Nurkowanie po odpowiedzi w morzu pytań – to formuła tych spotkań.
- Myślę, że młodzi nie byliby w stanie zjednoczyć się dziś we wspólnym działaniu, tak jak robotnicy trzydzieści lat temu. Brakuje wśród naszych rówieśników charyzmatycznych liderów, ludzi, którzy porwaliby tłumy – uważa jeden z uczestników warsztatów, Polak, dla którego „Solidarność” to swego rodzaju mit narodowy - Zależy nam dziś bardziej na jednost-kowym dobru, własnym interesie, niż wspólnej sprawie. Dlatego tak ważne jest odświeżenie solidarnościowych ideałów .
- Na Ukrainie wszystko przebiegało inaczej, pasywnie – dzieli się „pomarańczowymi doświadczeniami” jedna z uczestniczek. – Nie było tak głośnych protestów jak u was, mimo że na wsiach ludzie latami żyli w biedzie. Dopiero w 2004 roku zaczęło się coś dziać, ludzie zbuntowali się, podnieśli. Dziś możemy mieć nadzieję, że Ukraina znajdzie się kiedyś na drodze do dojrzałej wolności w miejscu, w którym teraz stoi Polska.
- My w Portugalii nie jesteśmy zadowoleni z rządu, jesteśmy rozgoryczeni kryzysem. Chyba w Polsce wyłania się podobny problem. Co powiedzieć tym, którzy walczyli, tracili zdrowie, a dzisiaj żyją w biedzie? – pytała uczestniczka dyskusji, która goździkowej rewolucji z 1974 roku na pewno nie widziała na własne oczy, ale obserwuje dziś jej skutki. I wyciąga wnioski. Tak jak inni dyskutanci zastanawia się, w którą stronę skręcić, by nie ominąć solidarnościowych wartości, by napisać potem w gdańskim apelu:
Z niepokojem patrzymy w przyszłość. Żądamy dalekowzroczności od rządzących. Dziś podejmujcie decyzje, których skutki odczujemy my. Nie chcemy spłacać waszych długów! Nie chcemy, by czarna wizja naszej przyszłości stała się zarzewiem konfliktu międzypokoleniowego. Wierzymy, że innowacyjna, oparta na wiedzy i technologii gospodarka jest kluczem do sukcesu, dlatego apelujemy o wsparcie dla edukacji i badań naukowych. Mamy nadzieję, że zrozumiecie, iż ochrona środowiska naturalnego powinna stać się jednoczącym nas celem i utrzymacie pozycję Europy jako światowego lidera w tym zakresie.
Ideały na ekranach
Uczestnicy pytają, kluczą, zastanawiają się, stawiają zarzuty – to prawo młodości. Starsi i bogaci w krwawe i bolesne niekiedy doświadczenia wskazują, jak z tego prawa korzystać.
Bydgoska odsłona spotkań to także wizyta w Instytucie Pamięci Narodowej.
- Byliśmy w regionalnym biurze Instytutu Pamięci Narodowej, gdzie oglądaliśmy film o „Solidarności”. Ale najbardziej interesujące były wystawy na temat tamtych czasów i oryginalne dokumenty, które widzieliśmy – napisze potem Kristianna na blogu, poświęconym spotkaniom.
Archiwa, wystawy, film, zdjęcia, słowa, donosy – to wszystko jest częścią życia tych, którzy oprowadzają młodych po kuluarach bydgoskiej historii.
- Później oglądaliśmy świetny film o komunizmie. To było niezapomniane doświadczenie! – tak jedna z uczestniczek spotkania oceni obraz w reżyserii Volkera Schloendorffa, oparty na motywach życia Anny Walentynowicz.
Film, mówiący wprost o wydarzeniach minionej epoki obejrzeli także goście grodu Kopernika z Ukrainy, Portugalii, Niemiec i polskich miast. Obraz „Hakerzy wolności” w reżyserii Marka Gładycha pokazał obcokrajowcom wolnościowy fenomen tamtych czasów. Oto kilkoro torunian w małym mieszkaniu w bloku z szarej płyty organizuje w 1985 roku profesjonalny atak hakerski. Udaje im się zagłuszyć program państwowej telewizji. To dzięki nim zamiast dziennika telewizyjnego zdumieni mieszkańcy Torunia ujrzeli na ekranach hasła wolnościowe. A władza w 1985 roku długo nie mogła uwierzyć, że torunianie byli w stanie dokonać czegoś takiego bez specjalistycznego sprzętu. Dokonali. Wystarczył skromny komputer, antena i mały monitor.
- To naprawdę niecodzienne wydarzenie – gościmy wielu młodych ludzi, dzielimy się doświadczeniami i przemyśleniami, często skrajnie różnymi, bo i goście są różni. W naszej grupie jest dwóch Niemców – z przeciwnych stron muru, którego sami nigdy nie widzieli. Na szczęście nie zdążyli go zobaczyć – mówi Mariusz Sieraczkiewicz, koordynator grupy toruńskiej.
W Toruniu młodzi goście podczas warsztatów z sitodruku mieli okazję własnoręcznie drukować zakazane niegdyś ulotki. Zwiedzili gotyckie miasto. Byli w podtoruńskim Górsku przy pomniku, wzniesionym w miejscu porwania przez funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa bł. ks. Jerzego Popiełuszkę. Potem udali się na tamę we Włocławku, skąd wrzucono do wody zmaltretowane ciało kapelana „Solidarności”.
Walka o chleb
Czym jest „Solidarność” dzisiaj? Na to pytanie szukano odpowiedzi podczas debaty z bydgoskimi opozycjonistami, w której uczestniczyły grupy z Bydgoszczy i Torunia. Z weteranami dyskutowali młodzi ludzie, pełni nadziei i zapału do rewolucjonizowania postsolidarnościowego świata.
Warsztaty dały wyraźny owoc – uczestnicy wiedzą już czego nie chcą, o czym marzą. Oddzielają biblijne dobro od zła w procesie jednoczenie Europy:
Chcemy głębokiej, prawdziwej integracji. Procesu, który zachodzić będzie nie tylko wśród elit i administracji w Brukseli. Chcemy integracji między ludźmi, angażującej wszystkie grupy społeczne. Chcemy Unii prawdziwie demokratycznej, w której poczujemy, że nasz głos ma realny wpływ na podejmowane decyzje. Chcemy poczuć się Europejczykami, bo wiemy, że to nie oznacza utraty naszych narodowych i regionalnych dziedzictw, gdyż piękno i specyfika Europy tkwi właśnie w różnorodności – piszą do polityków, ale i do zwykłych ludzi, Europejczyków.
Jan Rulewski, wtedy: młody mężczyzna, walczący o ideały i chleb, dziś: senator. Wojciech Mojzesowicz, wtedy: młody rolnik, walczący o powstanie Związków Zawodowych Rolników dziś: poseł. Józef Herold, wtedy: młody mężczyzna, marzący o zawodzie dziennikarza, dziś doświadczony redaktor, odważnie wspominający, że walce o chleb towarzyszył wielki lęk. Antoni Kuś, wówczas – młody rolnik z gminy Rojewo, dziś: rolnik, działacz związkowy. Marek Chamot, wtedy: student historii na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, dziś: doktor historii, apelujący do młodych, by zadawali pytania tym, którzy byli przy długich, bolesnych i krwawych narodzinach „Solidarności”. póki jeszcze można usłyszeć ich zdanie we wciąż niewyjaśnionych do końca kwestiach. Szukający źródeł, które prawdziwie przedstawią mu losy II RP.
Wtedy, w marcu 1981 roku wszyscy oni byli młodzi. Pełni zapału, zdeterminowani do walki z… wiatrakami. Nie podzielili jednak losów Don Kichota, inaczej nie byłoby wolnej Polski, nie byłoby dyskusji. Nie byłoby o czym dyskutować.
Zaczęło się od dwudziestu jeden postulatów, które bydgoscy związkowcy skierowali do władz lokalnych.
- Byłem kucharzem na czas walki o wolność. Uczestniczyłem w najdłuższej wojnie o jedzenie – wspomina Jan Rulewski, który trzydzieści lat temu był Komisarzem do spraw żywności. Przedstawiciele związkowi uzbrojeni w postulaty i argumenty, udali się na sesję wojewódzkiej Rady Narodowej. Przypuszczali, ale do końca nie wierzyli, że władza też się uzbroi. Uzbroiła się. Najpierw arbitralnie przerwała sesję. Potem kilkudziesięciu uzbrojonych w pałki krzepkich zomowcow usunęło siłą działaczy związkowych z sali Urzędu Wojewódzkiego. W protokołach po przesłuchaniach napisano, że delegaci związkowi okaleczyli się …sami co jakoby tłumaczyło rany na ich ciałach –wspominają tamte wydarzenia uczestnicy bydgoskiej debaty. Pamiętają także, ze bydgoszczanie wówczas zaprotestowali. Tysiące ludzi wyszło na ulicę, by powiedzieć związkowcom: „jesteśmy z wami”.
Razem - solidarnie
Dziś mamy co świętować, ale czy wiemy, co z tym dobrodziejstwem historii zrobić? Jak żyć, będąc wolnym? Czy jest jeszcze o co walczyć? Czy możemy, jak romantycy, jak solidarnościowcy, inicjować zrywy narodowe, chwytać za broń i iść z podniesionym czołem w stronę wroga?
- My walczyliśmy o demokrację, ale teraz wy musicie brać w niej udział – mówił do młodzieży Wojciech Mojzesowicz. - Musicie przeskoczyć przez bramę swojego podwórka, otworzyć się na społeczeństwo. Budować wspólną rzeczywistość, widzieć więcej niż dno własnej sakiewki.
- Musicie? Musimy wspólnie – zdają się odpowiadać w apelu młodzi:
Jeśli chcecie, byśmy swoim entuzjazmem i energią wsparli proces integracji, wysłuchajcie nas. Możemy to zrobić razem. Solidarnie – tak młodzi uczestnicy Międzynarodowych Spotkań Młodzieży kończą apel, ale zapewne nie jest to ich ostatnie słowo.
Dzisiaj nie możemy już powiedzieć, że brak nam wzorów, doświadczeń, wskazówek. Nasi dziadkowie i rodzice przeszli swoją pokoleniową szkołę życia. Wygrali w walce o wolność, ale praca nad tą wolnością to już zadanie dla nas. Może trudniejsze, bo nasz przeciwnik działa w ukryciu – ani kryzys ekonomiczny, ani dziura ozonowa nie chodzą po ulicach z pałkami milicyjnymi, nie rekwirują bibuły, nie niszczą krzyży stawianych nocą w miejscu porwania księdza Jerzego. Jesteśmy wolni, a jednak zniewoleni – własnym egoizmem. I to właśnie z nim musimy walczyć . Wtedy uda się zburzyć mur.
Dorota Misiak l.20











