Rulona nie da się zjeść
Byłem na manifestacji KOD. Mocniej zabiło serce. Utwierdziłem się w przekonaniu, że nie jestem sam i stąpam dobrą drogą.
MARCIN KOWAL SKI: Demokracja w Polsce jest zagrożona?
JAN RU LEW SKI*: PiS bezpardonowo zaatakował władzę sądowniczą. To, co Jarosław Kaczyński od dawna zapowiadał, wprowadza w życie.
Znacie się osobiście?
– Tak, choć nie było wiele okazji do rozmów w cztery oczy. Prezes najczęściej komunikuje się ze mną za pomocą pośredników i składa różne propozycje. Ostatnio przed październikowymi wyborami parlamentarnymi.
Co proponował?
– Start pod szyldem PiS. Osiem lat temu oferta była bardziej kusząca – stanowisko wiceministra ds. polityki społecznej. Zawsze odmawiałem.
Dlaczego?
– Bo wiem, co Kaczyński o mnie mówi: „Rulon jest do zjedzenia, żeby tylko nie mieszał się do Konstytucji”. Wystarczająco często pokazałem, że nie da się mnie zaprząc do orszaku, żebym w nim milcząco maszerował. Nawet w więzieniach byłem wolnym człowiekiem. I nie mam w zwyczaju przechodzić spod księżyca w całkowitą ciemność. Dlatego jestem senatorem Platformy Obywatelskiej, choć do partii nie należę.
W klubie parlamentarnym nie mają z panem lekko.
– I nigdy nie będą mieli. Rulon nie jest do zjedzenia. Przez ostatnie cztery lata zapłaciłem ponad 7 tys. zł kar za swoją niesubordynację, czyli za to, że mam swoje zdanie. Nie żałuję tych pieniędzy.
Dlaczego ludzie was pogonili?
– Nie potrafiliśmy przełożyć wzrostu gospodarczego, dobrych wyników budżetu, na portfele wielu ludzi. Ktoś skończył studia, ma świetne kwalifikacje, ciężko pracuje, a zarabia na śmieciówce jakiś ochłap, nie widzi perspektyw bytowych. On nie zagłosuje na partię władzy. W tym obszarze zrobiliśmy stanowczo zbyt mało.
PiS im pomoże?
– Nie. W partii za mało do powiedzenia mają technokraci, za dużo – filozofowie. Polityka to taka dziedzina, w której musi być miejsce na filozofię, ale realną, osadzoną w cyfrach. Teorie księżycowe łatwo się przedstawia z ław opozycyjnych. Kiedy przychodzi do rządzenia, realia są nieubłagane. Wydać można tylko tyle pieniędzy, ile się ma, chyba że budżet wpadnie w przepaść. Druga kwestia to przygotowanie do sprawowania władzy. Kadrowe i programowe. PiS o programie dużo mówi, ale go nie ma. Stąd chaos, notowania lecą na łeb, drgawki w najbliższym otoczeniu Kaczyńskiego. Tam jest wielu mądrych ludzi, znakomicie zdają sobie sprawę, że koncepcje prezesa to niezredagowane strzępki nieosadzone na cywilizacyjnej osi czasu. Rządzą miesiąc, a Polacy już mają dosyć. A przed nami dyskusja najważniejsza dla Kaczyńskiego, o Smoleńsku. On nie potrafi przyjąć, że mimo ogromu tragedii, jaka się tam wydarzyła, w Polsce ludzie chcą zwyczajnie żyć. „Zwyczajnie” to nie oznacza „partyjnie”. Kaczyński, co mnie dziwi, bo przecież w PRL-u też walczył z komuną, nie zauważa tej różnicy.
Nie przesadził pan?
– Nie, analogia jest oczywista. WPRL-u realnie w sprawowaniu władzy uczestniczyło może 2 proc. społeczeństwa niepartyjnego. Legitymacja PZPR była przepustką do jakiegokolwiek stanowiska. Ta sama zasada jest wprowadzana teraz. Obserwujemy skok na państwo PiS-owskiej nomenklatury na skalę niespotykaną również za czasów SLD. Co to oznacza? Wykluczenie ludzi bezpartyjnych, nawet PiS-owi przyjaznych. To początek – już wiemy, w jakim kierunku pójdą zmiany w ustawie o służbie cywilnej, widzimy, jak dobierano wojewodów. Jednym z nich został mój kolega z Senatu. O czym to świadczy? Krótka ławka kadrowa, skoro senator po miesiącu składa mandat i trzeba w tym okręgu przeprowadzać nowe wybory. Koszt tej operacji – ok. 1 mln zł.
Słowa Martina Schulza o zamachu stanu były za mocne?
– Ja używam terminu „pełzająca rewolucja”. I tłumaczę ją następująco. Kaczyński, Macierewicz, czują się nie tyle głęboko skrzywdzeni, co upokorzeni. W tym pociągu zmian, jaki się przetoczył przez Polskę, nie odegrali żadnej roli, ich dorobek jest ujemny. Mieli kilka szans, wszystkie zmarnowali. Gromadzą wokół siebie ludzi, którzy cierpią na syndrom – jak ja to nazywam – poronienia demokracji w Polsce. Z różnych powodów uważają, że została wprowadzona nie do końca, w efekcie tajemniczego spisku. A następnie ktoś na tej świeżej i chorej demokracji dokonał aborcji. Kto? Autor zamachu jest różnie definiowany w zależności od czasu i okoliczności. Mason, Żyd, Zachód, jacyś Oni. Wywożą z Polski pieniądze workami, dużo więcej, niż dają. Niszczą naszą tożsamość, wiarę. Taka teoria jest bardzo chwytliwa, tym bardziej że podsyca ją część Kościoła, PiS, a Kaczyński czuje tłum, jest bardzo dobrym mówcą.
Ten tłum nie jest głupi. Może rzeczywiście ci ludzie nie skorzystali z dobrodziejstwa demokracji?
– Takich ludzi nie ma, choćby dlatego, że żyjemy w kraju bezpiecznym i z roku na rok bardziej zamożnym. Jesteśmy w Unii Europejskiej, doszliśmy do świata, o którym ja, jako chłopiec ze Szwederowa, marzyłem. Należymy do NATO, najpotężniejszego sojuszu militarnego. Wszyscy na tym korzystamy, nie wszyscy potrafimy zauważyć. W starszym pokoleniu budzi się nostalgia za PRLem. Zbudowana na kłamstwie, niestety skutecznie wpajana młodszym.
Elektorat PiS jest przecież antykomunistyczny.
– Kaczyński zagospodarował wyborców, którym się nie udało w III RP. Słyszą przekaz: „Polska została rozkradziona, złodziejska prywatyzacja, grabież majątku narodowego” itp. Świetnie się ta narracja wpisuje w ich widzenie świata. Jedzie człowiek ulicą Fordońską, widzi teren po Romecie. Propaganda PRLowska mu wmówiła, że Bydgoszcz była potęgą na światowym rynku rowerów, że jeździli na nich wszędzie, nawet w Chinach. A teraz? Nie ma fabryki. Czyli rozkradli, z tym absurdalnym zarzutem spotykam się do dzisiaj na ulicy. A że zakłady były technologicznie przestarzałe? Że robotnicy zarabiali ochłapy i właśnie dlatego przemysł metalurgiczny jako pierwszy strajkował. Nie z powodów ideologicznych, tylko z biedy! Że Romet nie był przygotowany do zderzenia z konkurencją na wolnym rynku. Że dzisiaj na terenie po zakładzie pracują ludzie winnych branżach, godnie zarabiają, rozwijają się, produkują coś wartościowego. To nie jest ważne.
Ważny jest brak solidarności społecznej. Platforma kompletnie odjechała, nie potrafiliście słuchać Polaków.
– Przyznaję się – to nasza porażka. Bezkrytycznie przyjęliśmy model rozwoju liberalnego, szokowego, z wszelkimi konsekwencjami. Wynieśliśmy pieniądz jako absolut. Gwałtowne otwarcie spowodowało import kultury Zachodu, a duża część ludzi oczekiwała czegoś zupełnie innego.
Dokąd dojdziemy?
– Na pewno do spowolnienia, jeśli nie zaniechania polskich aspiracji, ambicji w Europie. Tego się boję. Staliśmy się wzorem dla świata, prymusem. Możemy to stracić pod rządami PiS. Świat się od nas odwróci. Dzisiaj najważniejsza jest informacja. Turysta z Japonii czy inwestor z Ameryki nie ma czasu ani ochoty zagłębiać się w myśli Kaczyńskiego. Zakoduje sobie w głowie komunikat, że jesteśmy nieprzewidywalni, pojedzie gdzie indziej. A my będziemy coraz bardziej izolowani.
Dlatego pan wyszedł na ulice Warszawy w sobotniej manifestacji Komitetu Obrony Demokracji?
– Musiałem tam być, czułem się blisko z nimi. To zwątpienie, które nas ogarnęło po porażkach, gdzieś przeminęło. Mocniej zabiło serce. Utwierdziłem się wprzekonaniu, że nie jestem sam i stąpam dobrą drogą. Drogą, która prędzej czy później doprowadzi do zmiany. Jestem pewien, że ludzie szybko zauważą, że pod szyldem dobrej zmiany PiS wprowadza rewolucję. Nikt nie wie, dokąd ona prowadzi.
Boi się pan?
– O siebie? Przesiedziałem sporo lat w więzieniach, trudno mnie uciszyć czy zastraszyć. Polski areszt nie był tak straszny jak czechosłowacki. Uciekałem na Zachód w 1965 roku i złapali mnie na granicy. Dwa miesiące spędziłem za kratami w Plznie. Do jedzenia dawali głównie pomidory; mój kolega z celi, Węgier, nie chciał ich jeść i coś próbował tłumaczyć, ale nikt go nie rozumiał. W końcu doszliśmy, że chodzi o sól i pieprz. Porządny Węgier nie ruszy pomidora bez przypraw. Do Pragi przewozili nas autobusem. Na przedniej szybie napisali „Wycieczka”. Był zakaz siedzenia przy oknach, żeby ludzie nie widzieli, jaka to wycieczka. Cały czas wymierzone w nas były karabiny maszynowe, lufy wychodziły z silnika w środku autobusu. Cela w więzieniu przy Rakowieckiej na Mokotowie, w której spędziłem cztery lata, to nic w porównaniu z tym, co zgotowali więźniom Czesi. I spotkałem Jacka Kuronia, było z kim rozmawiać o historii, literaturze, o Polsce. Takie doświadczenia hartują.
Gdzie będzie Polska za 5, 10, 15 lat?
– Chcę wierzyć, że w Unii Europejskiej, w rodzinie krajów przewidywalnych. Rewolucja Kaczyńskiego zakończy się klęską. Nie spełni oczekiwań ludzi, bo to nierealne. I ci, którzy dzisiaj najgłośniej za nim krzyczą, będą jego największymi wrogami. Obserwowałem to w Bydgoszczy, gdy padał PRL. Po wyjściu z więzienia nie miałem powrotu do Rometu, jeździłem jako taksówkarz. I woziłem aparatczyków PZPR-owskich, którzy mieli talony na jakieś sztućce, zastawy. Szukaliśmy tych dóbr po całej Bydgoszczy w składach partyjnych, ale już wszystko było rozebrane. Ci beneficjenci komuny stali się w ekspresowym tempie jej największymi wrogami. Tak działa mechanizm rewolucji. Niech PiS o tym pamięta. ?
Nie mam w zwyczaju przechodzić spod księżyca w całkowitą ciemność. Dlatego odmawiałem Kaczyńskiem u i jestem senatorem Platformy











